W krainie dinozaurów – Azory

Dlaczego Azory to „wyspy dinozaurów”?  Czy można gotować obiad w wulkanie? Jak rosną ananasy?

Azory to portugalskie wyspy na Oceanie Atlantyckim, które zachwycają swoim wyjątkowo malowniczym krajobrazem i tropikalnym klimatem. Do dziś uznaję to miejsce za jedno z najbardziej egzotycznych, jakie widziałam w Europie, a nawet poza nią. Miałam możliwość wyjazdu tam w związku z festiwalem folklorystycznym w małej miejscowości Relva na wyspie Sao Miguel w 2012 roku. W drodze powrotnej odwiedziliśmy Lizbonę, co opisywałam w pierwszym artykule: http://www.alicjazell.pl/zapach-miasta-lizbona/

Najczęściej spotykane opisy blogerów dotyczące Azorów to opowiadania o tym, jak rosną ananasy. Rzeczywiście, znaną atrakcją tych wysp jest wizyta na plantacjach ananasów. Czy wiecie, jak one rosną? Tak, ja też dopiero dowiedziałam się tego, gdy miałam okazję zobaczyć je na własne oczy na Sao Miguel. Jednak nie to jest, moim daniem, najważniejsze na Azorach.

To, co na pewno trzeba przeżyć na Azorach to kąpiel w Atlantyku, który powala z nóg za każdym razem. Fale są niepozorne, ale mają ogromną siłę, zupełnie nieporównywalną z prądami morskimi. Gdy fala się zbliża, pod jej powierzchnią tworzy się wir, któremu naprawdę trudno stawić opór, a gdy za późno zauważy się zbliżającą ścianę wody, nawet nie wiadomo kiedy ląduje się obolałym pod wodą, która przemagluje tobą aż wypluje poszarpanego na brzeg. Niesamowita siła żywiołu!

Azory to rzeczywiście miejsce żywiołów. Na brzegu silny ocean, a na wyspie uśpione wulkany i kipiąca tuż pod stopami woda, w której spokojnie można by zaparzyć herbatę. Właściwie to nie „można”, a nawet robi się to. Jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem jest zjedzenie obiadu przygotowanego w wulkanie. Obiad z wulkanu? Tak, piszę całkiem poważnie! 😉 W gorących źródłach i wodach gruntowych u stóp wulkanu w Frunas gotuje się żywność, która, podobnie jak w kuchennym garnku, całkowicie nadaje się do spożycia. W ziemi wierci się otwory, w których umiejscawia się garnki z mięsem czy warzywami i po odpowiednim czasie można cieszyć się prawdziwą ucztą o niepowtarzalnym aromacie. Ten aromat ma w sobie nutę zapachu siarki – w końcu to obiad z wulkanu! Wulkany na stałe wpłynęły na charakter wyspy – powszechne są kamienie wulkaniczne wykorzystywane m.in. do produkcji ozdób i biżuterii, a plaże są czarne, ponieważ piasek to tak naprawdę skruszone skały wulkaniczne.

I w końcu to, co najważniejsze – „dinozaury”. Wprawdzie nie spotkałam tam żadnego zwierzęcia z tego gatunku, ale naprawdę czułam się, jakby za chwilę mogło się to wydarzyć. Roślinność Azorów jest niemal nietknięta ludzką ręką, lasy są wyjątkowo bujne i zachwycają głęboką, dziką zielenią. Pagórkowate ukształtowanie terenu tworzy malownicze, charakterystyczne linie, pomiędzy którymi wyróżniają się pola herbaty i ogromne, wielkości ludzkiej głowy, kwiatostany niebieskich hortensji. Niebieski kolor jest wynikiem kwasowości gleby, co również potwierdza wulkaniczny charakter wyspy. W lasach panuje atmosfera tropików, wszędzie mnóstwo przerośniętych roślin, kaskady wody i one – DINOZAURY – czyli ogromne paprocie wyrastające wprost z narośniętego przez lata pnia. Można mieć wrażenie, że to palmy, ale nie – to wiekowe paprocie, jakby wyjęte z ery dinozaurów. Ich nazwa gatunkowa to paprocie drzewiaste.

538413_413126225412635_370772945_n (Kopiowanie)
DINOZAUR, czyli ogromna paproć
SAM_7049 (Kopiowanie)
Hortensje i pola herbaty
SAM_6923 (Kopiowanie)
Z punktu widokowego
SAM_7055 (Kopiowanie)
Na plantacji herbaty z Agnieszką

 

 

 

Jednak na Azorach nie byłam tylko po to, by zwiedzać. Jak wspomniałam, brałam tam udział w festiwalu folklorystycznym jako tancerka ZTL „Mali Gorzowiacy”. Był to setny wyjazd zespołu! Ten festiwal nie miał przeładowanego programu, więc było dość dużo czasu na odpoczynek i poznawanie wyspy, ale mieliśmy kilka koncertów oraz własne próby. Festiwal Da Relva był wyjątkowo mały, oprócz zespołów regionalnych, uczestniczyła tylko nasza grupa i zespół z Łotwy. Mieszkaliśmy razem w jednej małej szkole i dzieliliśmy tylko dwie łazienki na ponad 50 osób. Spaliśmy na materacach rozłożonych na podłodze w szkolnych klasach (po kilkanaście na jedną salę), walczyliśmy z maszerującymi po podłodze mrówkami, brakiem prywatnej przestrzeni, z brakiem miejsca na stroje taneczne i z nużąco jednolitym menu codziennych posiłków. To nie były złe warunki, ale na pewno trudne i jestem pewna, że odbiegające od wyobrażeń, jakie większość osób ma na temat wyjazdów zagranicznych zespół tanecznych. Oczywiście, warunki są za każdym razem inne, niekiedy 4-gwiazdkowe, ale tym razem były właśnie takie.

Jeden z występów, okazało się, mieliśmy dać w miejscu, gdzie było bardzo nierówne (pochyłe) podłoże, a do tego wyłożone kamieniami. Przygotowane przez nas tańce zupełnie nie nadawały się na te warunki, po prostu nie dalibyśmy rady wytańczyć kroków, dlatego całkowicie spontanicznie nasza trenerka zmieniła program i po przypomnieniu, przedstawiliśmy tańce, które znaliśmy z repertuaru grup dziecięcych. To był zabawny powrót do młodszej grupy! 🙂

Małe festiwale i surowe warunki mają swoje plusy, przede wszystkim jest się bliżej w grupie, a także ma się lepszą możliwość obserwacji czy poznania lokalnej społeczności, małego miasteczka, które żyje własnym rytmem. Do tego piękne tereny malowniczej wyspy Sao Miguel spowodowały, że było to dla mnie naprawdę ciekawe przeżycie, a tych widoków, kolorów, zapachów wyspy na pewno nie zapomnę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *