Rodzina z Kostaryki cz. 1

dnia

O życiu rodzinnym, wspólnym wolnym czasie, wyprawach i poznawaniu życia codziennego, a także religijności Kostarykan. Poznajcie moich gospodarzy!

Przez 23 dni mojego pobytu w Kostaryce mieszkałam z moimi przyjaciółmi-tancerzami i ich rodzinami. Pobyt w ich domach był bardzo miłym doświadczeniem, bo Kostarykanie są bardzo gościnni, serdeczni i rodzinni. Mimo że nie znałam hiszpańskiego, a członkowie rodziny często nie znali angielskiego, próbowaliśmy rozmawiać (przeważnie dzięki „tłumaczom”, którymi byli moi znajomi), jedliśmy razem posiłki, spędzaliśmy czas na różnych aktywnościach, szczególnie na zwiedzaniu. A to zwiedzanie polegało na tym, że pokazywali mi swoje ulubione miejsca, które sami lubią odwiedzać lub wiedzą, że jest to ważne miejsce w regionie/mieście. Dzięki temu miałam niesamowitą szansę na poznanie miejsc spoza turystycznych szlaków. Jak to było choć na chwilę „wejść” do kostarykańskiej rodziny?

Moi przyjaciele są studentami uniwersytetu technicznego w Cartago (miasta nieopodal stolicy San Jose). Okazało się jednak, że wielu z nich nie mieszka w samym Cartago, dlatego dzięki ich gościnności przemieszczałam się po Kostaryce, odwiedzając kolejne rodziny i nowe regiony. Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, że wszyscy moi znajomi, mimo że są już studentami, pracują itd., mieszkają nadal z rodzinami. Dowiedziałam się, że zwyczajowo w ich kulturze z rodzicami mieszka się aż do swojego ślubu, dopiero wtedy wyprowadza się z domu. Niektórzy tylko zmienili miejsce zamieszkania na bliższe uniwersytetu w czasie studiów, ale to nie jest częsta praktyka. Dla mnie było to zupełnie nowe doświadczenie, bo już od 5 lat mieszkam samodzielnie, ponad 500 kilometrów od mojej rodziny, dlatego było dla mnie wyzwaniem, by codziennie przez prawie miesiąc dzielić cały czas z rodzinami moich znajomych. Ale to było wspaniałe doświadczenie! Dodam jeszcze, że zdecydowana większość znajomych ma rodzeństwo, dlatego wyobraźcie sobie, że niektórzy nawet dzielą z nimi pokoje przez ten cały czas, dopóki się nie wyprowadzą w wieku dwudziestu kilku lat.

Two moms, two dads, Mariana and I
Czworo rodziców, Mariana i ja

Moi znajomi Miguel i Mariana byli moimi pierwszymi „przewodnikami” w Kostaryce. Mieszkałam u Mariany w Cartago, a że ich rodziny się znają, spędzaliśmy czas razem. W nasz pierwszy wspólny dzień pojechaliśmy na grilla na ich prywatnej działce, pomiędzy dwoma wulkanami w miejscowości Coli Blanco. Jechaliśmy długo, było stromo (okazało się, że będzie tak już zawsze, bo takie jest ukształtowanie tego kraju). Wydawałoby się, normalna rzecz, dzień jak co dzień, ale dla mnie to nie była zwykła działka, to było miejsce niedaleko wulkanu, otaczała nas bujna zieleń, kawałek dalej stada krów i las deszczowy! W domku na działce spróbowałam pierwszych kostarykańskich dań – zupy z kukurydzą i kukurydzianej tortilli z wielkimi kawałkami mięsa wołowego. Przygotowały je oczywiście mamy. Ja poczęstowałam moich gospodarzy polskimi kabanosami i cukierkami. Uczciliśmy urodziny Miguela tortem i śpiewem (który w kulturze hiszpańskiej jest na zupełnie inną melodię niż w polskiej). 

Obaj ojcowie okazali się być muzykami i przez cały czas przygrywali na akordeonie i gitarze oraz śpiewali. Ja też zaśpiewałam im polskie piosenki (ludowe oczywiście). Później wybraliśmy się na spacer do lasu deszczowego, przeprawialiśmy się przez potok, przewodniczyliśmy stadom krów i robiliśmy mnóstwo zdjęć! Skąd te krowy? Kostarykanie używają w swojej kuchni bardzo dużo mleka, dlatego też częstym widokiem są pasące się na zielonych wzgórzach krowy. To był niesamowity dzień! Dla nich to zwyczajne miejsce do rodzinnych spotkań. Dla mnie magiczna kraina, w której po raz pierwszy byłam w lesie deszczowym pod wulkanem oraz widziałam świetliki! Niezapomniany widok! I niezapomniana, ciepła atmosfera, która spowodowała, że mimo iż znałam rodziców Mariany i Miguela jeden dzień, czułam się, jakbym już należała do ich rodzin! Z rodziną Mariany poczułam się jeszcze bliżej poprzez wspólne doświadczenie trzęsienia ziemi! I to pierwszego dnia! Ale o tym kiedy indziej. 🙂

Najdłużej mieszkałam u Jeci (czyt. Jeki), w jej rodzinnym domu w Aserri pod San Jose. Jej rodzina to ona, rodzice i brat. Oczywiście nieodłącznym elementem kostarykańskiej rodziny są zwierzęta – właściwie wszyscy moi gospodarze mieli w domu psa, może dwa, no jeszcze czasem kota, a u Jeci były nawet do tego rybki. Jej rodzice są bardzo aktywni, lubią wychodzić na spotkania z przyjaciółmi czy rodziną. Również często organizują takie w domu, miałam okazję uczestniczyć np. w spotkaniu urodzinowym Jeci. Przyszło wiele osób z jej rodziny, kuzynostwo, wujkowie oraz przyjaciele. Rodziny w Kostaryce trzymają się bardzo blisko, dużo rozmawiają, a w ich kulturze jest rzeczą naturalną, by często spotykać się, rozmawiać, utrzymywać bliski kontakt, świętować. Wspólne jedzenie posiłków to również ważny aspekt. Jadłam z rodziną w domu albo jedliśmy w mieście, np. byliśmy w restauracji Mascarados, w której odbywają się bardzo żywe tańce i pokazy ludzi w charakterystycznych przebraniach. Chciałam pokazać moją wdzięczność za tę wielką gościnność i raz przygotowałam polski wieczór, na który m.in. ugotowałam pierogi. 🙂

Nie tylko pozytywne wydarzenia są powodem spotkań. Miałam niecodzienną okazję obserwować obyczaje związane ze śmiercią członka rodziny. Trzeba dodać, że Kostarykanie są katolikami, wielu z nich głęboko zaangażowanych duchowo, a ich podejście do wiary jest zgoła inne niż nasze, polskie. Są o wiele bardziej ekstrawertyczni, jeśli chodzi o wyrażanie religijności, wydaje się, że mają szczere poczucie przynależenia do wspólnoty. W ich domach przeważnie jest wiele świętych obrazków, figurek, różańców, różańce w samochodach, wielu z nich uczestniczy w mszy świętej itd. Tradycją jest, że gdy ktoś odchodzi, codziennie przez kolejnych 9 dni od śmierci w domu zmarłego zbiera się rodzina, sąsiedzi, dalecy krewni i znajomi, i razem modlą się o życie wieczne dla zmarłego oraz w sposób dziękczynny do tego, który odszedł. Myślę, że religia jest ważnym czynnikiem kulturowym w Kostaryce, choć nie wszystkie osoby są oczywiście praktykujące czy wierzące.

Moi przyjaciele i ich rodziny poświęcili mi bardzo dużo czasu. Wiedzieli (czego ja wcześniej nie wiedziałam), że zwiedzanie Kostaryki wymaga bardzo dużo jeżdżenia autem i bez żadnej pretensji czy niecierpliwości zabierali mnie na wiele godzin do auta, prowadzili samochód na zatłoczonych i niesamowicie dziurawych i stromych drogach po to, bym zobaczyła kawałek ich świata. Szczególnie dużo zobaczyłam dzięki Rafie i jego krewnym. Wielką zaletą mieszkania u rodzin było to, że mogłam poznać ich profesje i ich codzienne, ulubione miejsca.

Na przykład kuzyn Rafy pracuje na farmie, zajmuje się tresowaniem koni, ma znajomych pracujących na innych farmach, plantacjach i dzięki temu spotkałam się z prawdziwymi campesinos (to tradycyjna nazwa rolnika/plantatora w Kostaryce, pracującego ciężko fizycznie), byłam w chacie jednego z nich, na wzgórzu z pięknym widokiem na San Jose, a także jeździłam konno mając przed sobą panoramę stolicy. Próbowałam cukrowego przysmaku zrobionego w domowych warunkach, widziałam, jak wykopuje się warzywa o nazwie arracache (czyt. arakaczi), byłam na wielkim bazarze warzywno-owocowym i jeszcze wiele, wiele innych wspaniałych doświadczeń! Rafa i Jeca zabrali mnie również na ogromny wulkan Irazu i do pobliskiego rezerwatu Prusia. Niesamowite krajobrazy z ponad 3000 metrów n.p.m.! Wyliczam to wszystko, by podkreślić, jak bardzo moi przyjaciele byli gościnni i jak również duże pojęcie mają o swoim kraju – chcieli mi pokazać ważne miejsca, na różnych wysokościach i w innych regionach, abym doświadczyła ich kultury w całej jej rozpiętości i różnorodności. Ciąg dalszy nastąpi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *