Szwajcarski sylwester

W tym roku nie udało mi się wypełnić mojej nowej świeckiej tradycji, by spędzić sylwestra za granicą, ale ten sprzed roku zdecydowanie to rekompensuje! Bo właśnie rok temu w sylwestra poznawałam Szwajcarię – Zurych, Chur i Bonaduz. Absolutnie pozytywne doświadczenie!

Fotogaleria „Szwajcarski sylwester”: http://www.alicjazell.pl/szwajcarski-sylwester/

Na pomysł wpadła moja koleżanka z Wiednia, Karolina. Zebrałyśmy się w 5, razem z jej znajomymi, i postanowiłyśmy zobaczyć Szwajcarię, dokładnie Zurych. Karolina zdobyła kontakt do couchsurfera, który zgodził się przyjąć nas wszystkie w swoim domu i to w tym wyjątkowym czasie, jakim jest koniec roku i początek kolejnego. Uznałyśmy to za wielkie szczęście i wyjątkowo dobry początek podróży! Zdecydowanie nie myliłyśmy się!

Szwajcarię kojarzę przede wszystkim z bardzo sympatycznymi i ciepłymi ludźmi. Nasz host, czyli gospodarz, Luca, był niesamowicie otwartym i ciekawym człowiekiem. Okazało się, że gości podróżników/turystów właściwie co weekend. Miał kilkoro współlokatorów, którzy również lubili ten sposób poznawania ludzi, więc stworzyli nam bardzo przyjazną atmosferę. To było moje pierwsze i, póki co, jedyne doświadczenie couchsurfingowe. Jak się domyślacie – bardzo dobre i raczej polecam ten sposób organizowania noclegu, choć sama wolę mieć jakieś towarzystwo, gdy decyduję się na spanie u nieznanej osoby. Raczej w miejscach, do których jeżdżę, nocuję u znajomych lub w hostelach.

Mieszkałyśmy pod Zurychem, ale komunikacja podmiejska i miejska była tak sprawna, że mogłyśmy być w centrum w 20 minut. Zresztą stolica Szwajcarii nie jest duża, liczy niecałe 400 tys. mieszkańców. Dojeżdżałyśmy do miasta pociągiem, a w centrum poruszałyśmy się tramwajem. Ich sieć jest bardzo rozbudowana, choć sam tabor, muszę przyznać, nie należy do najnowocześniejszych, wręcz przeciwnie. Najczęściej jednak wystarczyło po prostu przejść na piechotę do kolejnego punktu zwiedzania. Polecam spacer wzdłuż rzeki Limmat – po drodze można podziwiać barki, łodzie, ptaki, w tym mewy, a także trafić do ogrodu chińskiego. Dzięki temu, że był to czas poświąteczny, miasto było pięknie przystrojone m.in. lampkami, tworzącymi nastrojową atmosferę, szczególnie w mniejszych uliczkach.

W Zurychu odwiedziłam muzeum Kunsthaus, w którym akurat załapałam się na dzień bezpłatnego wstępu, byłam bardzo zadowolona z wizyty, zresztą lubię zwiedzać muzea. Kolejny dzień spędziłam w słynnym zuryskim ZOO. Słynne, bo znane z tego, że można tam odwiedzić ogromną halę, w której odtworzony został klimat Madagaskaru, to miejsce nazywa się Masoala Regenwald, czyli Las deszczowy Masoala. Budynek jest naprawdę ogromny, w środku panuje bardzo wysoka temperatura, jest wilgotno i duszno. Są tylko prawdziwe rośliny, a nawet małe wodospady (te z kolei sztuczne, oczywiście;). W tym budynku zwierzęta żyją na wolności, więc przy większym szczęściu można zobaczyć małpę czy egzotyczne ptaki. Bez wysiłku można dojrzeć mrówki, papugi czy wielkie nietoperze wiszące ponad palmami, trzymające się klatki pełnej jedzenia (raczej owoców) :-). Rzeczywiście można poczuć się jak w prawdziwym lesie tropikalnym. To miejsce zrobiło na mnie duże wrażenie.

W ogóle wizyta w ZOO była imponująca, nawet mimo tego, że był to szary grudzień. Ciekawszymi elementami była też słoniarnia – naprawdę bardzo duża i ładna, godna tych olbrzymów – czy też wybieg pingwinów, które z charakterystycznym sobie zabawnym lekceważeniem, spokojnie wędrowały w szeregu jeden za drugim. Film z ZOO w Zurychu:

Na ostatnią chwilę wróciłam z ZOO i szybko pobiegłam z jednym ze współlokatorów Luki na pociąg do oddalonego o ponad 100 km Chur [czyt. Kur]. To była całkowicie spontaniczna decyzja poprzedniego dnia. Okazało się, że nasi gospodarze mieli zamiar spędzić sylwestra właśnie tam, na imprezie ze swoimi znajomymi, o czym nie miałyśmy pojęcia przed wyjazdem. My znałyśmy chłopaków ledwo co drugi dzień, ich znajomych ani trochę, nie wspominam już o Szwajcarii w ogóle! Ale postanowiłyśmy, że będzie to najciekawszy i najlepszy sylwester z naszych dotychczasowych i postanowiłyśmy też tam pojechać. Samego Chur nie miałam okazji oglądać, bo właściwie impreza odbywała się w domu jednego ze znajomych, w uroczej wsi pod Chur. Dom był świeżo urządzony i bardzo nowoczesny. Na miejsce dotarliśmy dosyć późno, bo chyba po 20.00, a więc byli już wszyscy goście, około 40 osób! Sami znajomi, młodzi ludzie, wszyscy pochodzący ze Szwajcarii. Tak, jak wcześniej nie znałam ani jednego Szwajcara czy Szwajcarki, tak tutaj mogłam poznać ich tak wielu na raz! To było supertowarzystwo! Rozmawialiśmy (znam niemiecki), tańczyliśmy… Wieczór rozpoczęliśmy uroczystą kolacją, którą własnoręcznie przygotowało kilka osób. Spróbowałam tradycyjnych dań, jak na przykład capuns [czyt. kapunc], przypominający nasze polskie gołąbki, choć nadzienie ma bardziej zbite, mięsiste, pycha! O północy wyszliśmy tą naszą gromadą, z szampanem, na dwór i przeszliśmy kawałeczek poza zabudowania. Byliśmy na czymś w rodzaju błoń czy pola, a przed nami rozpościerał się widok gór, na których widoczne były światła domów. O północy po stronie tych gór wystrzeliły fajerwerki, a my oglądaliśmy je na tym pięknym tle, pijąc szampana i życząc sobie najlepszego roku! To było niesamowite! Potem wróciliśmy do domu i dalej tańczyliśmy.

Wydawałoby się, że co najlepsze, to już nas spotkało. Ale tak naprawdę największe zaskoczenie nastąpiło rano 1 stycznia 2016! Po zakończonej imprezie Luca, a właściwie jego rodzice, zabrali nas do ich domu pod Chur, a dokładnie we wsi Bonaduz. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem, ale wiedziałam, że mam najlepsze towarzystwo ze sobą i najlepszego sylwestra za sobą. Ale już nie miałam wątpliwości, gdzie jestem, gdy rano obudziłyśmy się, poszłyśmy przywitać się z rodzicami Luki i zobaczyłyśmy to:

Pierwszy widok po obudzeniu 1 stycznia, Bonaduz w Alpach
Pierwszy widok po obudzeniu 1 stycznia, Bonaduz w Alpach
Pierwszy widok po obudzeniu 1 stycznia
Pierwszy widok po obudzeniu 1 stycznia

piękną panoramę gór z ich salonu, która była jakby tuż na wyciągnięcie ręki! Oczywiście to Alpy. Powalający widok! Tuż po tym Luca zabrał nas na punkt widokowy, żebyśmy mogły podziwiać góry z jeszcze innej perspektywy, a potem poszliśmy na spacer po Bonaduz. (film) To przeurocze, spokojne miasteczko, gdzie nie ma ogrodzeń wokół posesji, jest bardzo czysto, spokojnie i nowocześnie. Domy, które tam widziałam były niczym wyciągnięte z katalogu ekobudynków. Wszystkiego dopełnił rodzinny obiad, podczas którego spróbowałam również wyśmienitego szwajcarskiego sera i popularnego napoju Rivella, robionego na serwatce.

Jestem wielką szczęściarą, że trafiłam właśnie na tych ludzi i na naszego hosta Lucę. Naprawdę doświadczyłam, co to znaczy być w Szwajcarii, poznałam zarówno stolicę, jak i malutkie miasteczka, wsie, poznałam szwajcarską rodzinę i mnóstwo Szwajcarów, z którymi spędziłam sylwestra w Alpach! A najlepsze jest to, że na to nie liczyłam i jeszcze 30 grudnia nie miałam pojęcia, że będę w Chur ani w Bonaduz! Tak właśnie wyglądał mój sylwester 2015/2016. Życzę Ci takich kolejnych, udanych, spontanicznych sylwestrowych podróży!

Fotogaleria „Szwajcarski sylwester”, zobacz zdjęcia z Zurychu, Chur, Bonaduz; Alpy: http://www.alicjazell.pl/szwajcarski-sylwester/

6 Comments Add yours

  1. Jakub pisze:

    Całe życie w błędzie.. ciągle myślałem że czyta się Chur dokładnie tak samo jak się piszę 😛

  2. Alicja pisze:

    Ja też nie wiedziałam, dopóki nie odwiedziłam Szwajcarii. 🙂

  3. aalexz pisze:

    Świetnie. Fajnie jeździć za granicę na sylwestra. Nie tylko pozwiedzasz ale także zobaczysz czy w innych krajach tak samo obchodzą koniec i początek roku

    1. Alicja pisze:

      Racja, choć nie to mnie motywowało – po prostu koniec roku to kilka dni wolnego, które warto wykorzystać na zobaczenie czegoś nowego, a nie (jak to przeważnie) wyjście na imprezę czy oglądanie Dwójki. 🙂 Polecam takie krótkie wypady! 🙂

  4. Agata pisze:

    Słyszałam, że w Alpach są świetna szlaki do zjeżdżania, korzystałaś?

    Masz taki lekki styl pisania, bardzo przyjemnie się czyta. Wrócę na pewno po kolejne wspomnienia 🙂

  5. Alicja pisze:

    Dziękuję 🙂
    W Aplach na stoku byłam raz, ale w Austrii – mogę zdecydowanie polecić Kaprun, gdzie można korzystać z kilkunastów wyciągów na lodowcu i to wcale nie jakoś bardzo drogo w porównaniu do Polski. Wstawię zdjęcia z Kaprun w tym miesiącu. Zapraszam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *